”Smoleńsk” Krauzego to nie film, to stan umysłu

Tragedię, jaka wydarzyła się 10 kwietnia każdy chyba pamięta. Ja pamiętam ten dzień bardzo dobrze, nawet dzisiaj – od 8:30 przewracając się w łóżku słuchałem pasma porannego, gdzie prezentowane były kadry z Katynia. Po tym, gdy okazało się, że właściwie uroczystości nie będzie okazało się, że potrzebny będzie jakiś wygląd dla dobrychprogramów, bo nie założyliśmy wcześniej, że taka tragedia może się wydarzyć. Byłem na gorącej linii z jednym z twórców portalu. Właściwie przez większość dnia nie byłem jeszcze świadom konsekwencji tego, co wydarzyło się wtedy, pierwsze przemyślenia miałem wieczorem gdy mogłem trochę odpocząć.

Dlaczego o tym piszę? Bo wchodzący właśnie do kin “Smoleńsk” sprawił, że wróciło do mnie wszystko, co wtedy przeżywałem. Film jest kontrowersyjny, nawet nie próbowałem iść do kina bez uprzedzeń. Lech Kaczyński nigdy nie był z mojej bajki, środowisko Solidarnych 2010 (które stworzyło ten film) traktuję jako osobliwy odprysk demokracji, a partię polityczną, która za tym środowiskiem stoi – jako organizację, której celem jest wyrządzenie jak największej liczby szkód w imię źle pojętego patriotyzmu.

Ale o samym filmie. Pomyślałem, że jeżeli nie będę za dużo od niego oczekiwał to może będę mógł napisać coś miłego na jego temat. Tak też się stało – muzyka w tym filmie stoi na dobrym poziomie. Postać Niny – dziennikarki fikcyjnej stacji telewizyjnej TVM Sat (nazwa przypadkowa?) – nie jest prosta i szablonowa. I… obawiam się, że to już będzie wszystko…

… ponieważ “Smoleńsk” to 120-minutowy seans wcierania w twarz odbiorcy największego gówna jakie kiedykolwiek widziałem. Przez chwilę się łudziłem, że będzie inaczej. Ale reżyser tego widowiska nie pozostawia wiele do… myślenia(?) już od pierwszych chwil, gdy piloci na lotnisku słyszą dwa wybuchy. Jest to może druga minuta filmu? Wybacz, za spoiler, ale ufam, że nie popełnisz tego samego błędu co ja i nie wybierzesz się na seans tego arcydzieła ( ͡° ͜ʖ ͡°).

Później poznajemy wspomnianą już wyżej Ninę – ambitną, żądną prawdziwego mięsa dziennikarkę. Jej pierwowzorem była Katarzyna Kolenda-Zaleska – dziennikarka TVN. Ewidentnie więc reżyser wskazuje palcem na stację Walterów jako siedlisko wszelkiego zła. To Nina jest główną bohaterką filmu i wokół niej została owinięta fabuła. Pozostali bohaterowie są płascy niczym karton.

“Smoleńsk” w żaden sposób nie oddaje hołdu 96 ofiarom katastrofy, nie dotyka w żaden znaczący sposób rodzin i bliskich ofiar. Wszystko w tym filmie jest ukierunkowane na wysmarowanie gównem mediów, głównie TVN. Kluczowa postać dla wizerunku złej stacji będzie postać Redaktora, odgrywanego przez Redbada Klynstra (swoją drogą podobny jest do Adama Pieczyńskiego – ale nie mam pewności, czy intencjonalnie).

Ale nie wszystkich. Bo otóż okazuje się, że w filmie w rolach trzecioplanowych występują dziennikarze prawicowi.

Czasami są tłem dla wydarzeń – jak Piotr Semka stojący w tłumie przy krzyżu, a czasami mają nawet jakąś scenę mówioną – jak Jan Pospieszalski, który o dziwo, relacjonuje uroczystości w Katyniu [poprawcie mnie, ale jeżeli dobrze pamiętam antenę TVP wtedy to jego tam nie było]. Jana Pietrzaka naturalnie też znajdziecie.

Totalną manipulacja jest wplecenie w wątek ~~kryminalny~~ fabularny rzeczywistych nagrań z miejsca katastrofy. Pal licho, że zostały one umieszczone w filmie, ale one przeszły proces montażu, szczególnie dźwięku. Otóż reżyser nie miał problemów z dograniem sobie dźwięków telefonów do takich materiałów.

Tragedię tego filmu uzupełniają drobne “patriotyczne” wrzutki jak zdjęcia rotmistrza Pileckiego czy księdza Popiełuszki, które zgrabnie mają nadać ton patosowi jaki ciągnie się przez cały film.

Końcowa scena, o której już pewnie słyszeliście, jest bardzo dziwna – ofiary katastrofy witają się z żołnierzami zamordowanymi w Katyniu. Nie wiedziałem co powiedzieć.

Wyszedłem z kina wkurzony, bo ktoś wziął moje uczucia związane z 10 kwietnia i wytarł sobie nimi dupę. Film w kompletnie żadnym miejscu nie pozostawiał wątpliwości, jeżeli słyszeliście teorie wysnuwane podczas “prac” tzw. Zespołu ds. wyjaśnienia katastrofy to one tutaj będą się przewijać niemalże z pewnością graniczącą z prawdą. Zabito nam prezydenta, zabito nam pierwszą damę, zabito nam dowódcę Sił Powietrznych. We wszystkim maczał palce TVM, Tusk. Jestem wprost zaskoczony, że kompetnie nic nie było o żydowskiej Gazecie Wyborczej.

O ile w przypadku żydowsko-komunistycznych mediów reżyser postanowił zachować pozory fikcyjności, o tyle w przypadku prawicowej strony nie pozostawił wiele do wyjaśnienia. Mamy więc reklamę TV Republika, jest reklama marszy smoleńskich, mamy też spotkania klubów Gazety Polskiej. Główna bohaterka filmu, gdy przyszła na miesięcznicę to nie została pobita, nie była zaczepiana, nikt niej nie zwyzywał ani nawet nie opluł. Normalnie cuda na kiju.

Ale największym skurwieniem tego filmu jest kompletny brak innych rodzin niż te, które podważały ustalenia naszej komisji rządowej. W żadnym, ale to w żadnym momencie nie pada nic o tym, ze zginęły w tej katastrofie osoby z innych opcji politycznych, wśród scen z rodzinami nie jest reprezentowany inny sposób myślenia. Dano jasno do zrozumienia, że właściwie wszystkie rodziny myślą w bardzo podobny sposób. W całym filmie nie pada na głos nazwisko generała Błasika, żadnego z członków załogi Tupolewa ani Jaka. To zostaje niedopowiedziane. Właściwie jedyną sceną, gdy widzowi są podane nazwiska to scena powitania Prezydenta na lotnisku – tam wprawne oko wytropi nazwiska na plakietkach na mundurach.

Antoni Krauze przygotował film godny najlepszego kina wakacyjnego. Powinien się znaleźć na półce zaraz obok takich hitów jak Now you see me. W sposób brawurowy wyrządza największą krzywdę o pamięci ofiar tej katastrofy, robi lepsze pranie mózgu niż reklama proszku do prania z Hajzerem i jest pierwszą od dobrych paru dekad otwartą tubą propagandową partii rządzącej.

Rozumiem doskonale osoby, które szydzą ze „Smoleńska”. One nie szydzą przecież z katastrofy. Szydzą z polityków pokroju pani Premier, która była miła stwierdzić, że warto, aby ten film obejrzał każdy. Nie. Dzieło Krauzego jest strasznym paszkwilem, które może służy dobrze obecnej polityce, ale nie przynosi nic dobrego w dłuższej perspektywie. I na to miałyby pójść dzieci ze szkół? Festiwal robienia papki w mózgu, czy może kolejna próba budowania mitu Lecha Kaczyńskiego?

Jedna odpowiedź do “”Smoleńsk” Krauzego to nie film, to stan umysłu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *