Dlaczego Ubuntu ma szansę na sukces komercyjny?
Pomimo starań, rok 2010 nie będzie jeszcze rokiem Linuksa na komputerach biurkowych. Mimo tego przyszły rok może być przełomowy dla pingwina.
Dotychczas jedynym systemem opartym na jądrze Linuksa, który trafił do świadomości klientów jest Android. Popularyzowany przez kolejne firmy jak LG, które zapowiedziało wydanie z marszu 20 modeli jeszcze w tym roku. Rynek telefonów zalewa tsunami zielonych, wrednych robotów i nie wygląda na to, aby ten trend się w najbliższym czasie odwrócił. Niektóre firmy zawdzięczają swoje dalsze istnienie wolnym systemom operacyjnym. Dajmy na to Motorolę na której 2 lata temu każdy stawiał krzyżyk jak tylko przypominał sobie, że ta firma jeszcze istnieje. Teraz kondycja firmy diametralnie się zmieniła – głównie poprzez genialnie przeprowadzoną kampanię, promującą Motorolę Droid w której stara firma drwiła z mistrzów mody, stylu i elegancji.
A co z komputerami biurkowymi? W świecie wielu dystrybucji Linuksa nowi użytkownicy są troszkę zagubieni. Poleca się Ubuntu, Fedorę czy OpenSUSE. Polecało się jeszcze Mandrivę, ale chyba przyszłość tej dystrybucji jest przesądzona. Ja zaryzykuję stwierdzenie, że wielu graczy na rynku dystrybucji Linuksa po prostu się nie różni niczym, czego by nie można było uzyskać u konkurencji. Jeśli odpowiecie, że różne dystrybucje posiadają różne systemy pakietów to ja odpowiem tak: co użytkownika to obchodzi? Dla normalnego użytkownika jest ważna przeglądarka internetowa, pakiet biurowy czy program poczty. A w większości przypadków te oprogramowanie jest identyczne.
Jest to poważna wada ruchu OpenSource, które trąci zwyczajnym egoizmem twórców oprogramowania. Wyznają oni zasadę, że jak coś się nie podoba to wolą stworzyć coś nowego i często nie na ich siły, niż wejść głębiej w społeczność i zacząć działać w kręgach decyzyjnych projektów. O ile istnienia takich dystrybucji jak SLED, czy RHEL nie mam jak oceniać – są to dystrybucje komercyjne, które muszą istnieć w ofertach Novella i RedHatu o tyle istnienia takich projektów jak Linux Mint nie potrafię zrozumieć i dlatego właśnie uważam, że istnienie takich dystrybucji jak Linux Mint jest bezsensownym marnowaniem czasu.
Twórcy Minta postawili sobie na celu ucywilizowanie Ubuntu – zmodyfikować proces instalacji programów, dodać kodeki, skórki, narzędzia kopii zapasowej, czyli coś co można bez problemu znaleźć w repozytoriach Ubuntu. Czyli zamiast stworzyć projekt na Launchpadzie, który jest centrum programistycznym Canonical to tworzy się nowy, niestety skazany na porażkę projekt. Najzwyczajniej w świecie zbyt blisko padło jabłko od jabłoni.
To półrocze jest niezwykle pracowite dla zespołu, który pracuje nad systemem Ubuntu. Odejście od dotychczas charakteryzujących dystrybucję brązów, starego logotypu, niepatyczkowanie się z monumentalnymi projektami OS takimi jak Gimp czy nieprzywiązywanie zbytej uwagi do tego, że niektóre programy są pisane w C# sprawia, że Ubuntu wniosło wiele świeżości w świat Linuksa i przy okazji zademonstrowano czym jest prawdziwa wolność. Wolnością nie jest przecież używanie wolnego oprogramowania. Wolnością jest wybór pomiędzy oprogramowaniem z otwartym źródłem i oprogramowaniem zamkniętym. Dzięki takiej mentalności, dalekiej od filozofii Richarda Stallmana oraz zawziętości Marka Shuttlewortha na Linuksa zaczęły spoglądać również takie firmy jak Valve, która – to już raczej pewne – opublikuje klienta Steam wraz z silnikiem Source dla pingwinka. Wspomnę też przy okazji o istniejącym Polsce sklepie internetowym z grami przeznaczonymi wyłącznie dla Linuksa.
Ubuntu przez lata stopniowo modyfikowało podstawę jaką jest Debian pod własne potrzeby. Oczywiście nie obyło się bez wpadek – nowy wygląd miałbyć już w Ubuntu 8.04, jednak chyba wtedy jeszcze nie było koncepcji w którą stronę może ewoluować interfejs Ubuntu. Programiści Canonical stworzyli takiej projekty jak upstart, serwis Launchpad.net czy system wersjonowania plików Bazaar. Pojawiło się Centrum Oprogramowania, które w przyszłości ma się stać pierwszą realną platformą sprzedaży oprogramowania dla Linuksów w której użytkownik będzie mógł zapoznać się z oprogramowaniem przed instalacją oraz ocenić program po instalacji. Istnienie takiej platformy moim zdaniem jest niezbędne do jakiegokolwiek zainteresowania wielkich firm i korporacji Linuksem, jako systemem dla użytkownika końcowego.
Canonical zależy na przyciągnięciu jak największej rzeszy użytkowników. Widać to po krokach jakie poczynił przy wydaniu Ubuntu 10.04 – zaoferował usługi typu Ubuntu One oraz Ubuntu One Music Store. Takich usług nie oferują Novell czy RedHat, dlatego właśnie Ubuntu zaczął się wyróżniać na tle innych graczy na rynku. Próbuje się zmienić nieco przestarzały i klasyczny układ środowiska Gnome, który większości jest chyba powszechnie znany i mało lubiany. Widać, że Canonical postawił sobie za cel nadawania tonu rozwojowi platformy Linuksowej poprzez eksperymentowanie z różnymi elementami interfejsu oraz opracowywaniem spójnego API systemowego. Chcą w najbliższym czasie usunąć zasobnik systemowy i zastąpić go wskaźnikami. Odpowiedzieli sobie słusznie na pytanie – dlaczego (dla przykładu) odtwarzacz muzyczny ma marnować miejsce swoją ikoną, skoro można go zintegrować ze wskaźnikiem ustawień dźwięku? Nie ma racjonalnego powodu, aby marnować miejsce na ekranie.
Jeśli zespół Canonical utrzyma tempo rozwoju swojej dystrybucji, pracy nie tylko u podstaw systemu ale również opracowywania nowych usług dla użytkowników czy współpracy z twórcami popularnych programów komercyjnych to ma realną szansę na poruszenie statystyk udziału Linuksa w rynku systemów desktopowych. Światełko w tunelu przynoszą statystyki udziałów Linuksa wśród odwiedzających dobreprogramy: w kwietniu było ich 1,72%, a w maju 1,95%. Różnica 0,2% może to świadczyć o daniu szansy nowej wersji Ubuntu przez niektórych użytkowników. Szansa może być jednak bardzo złudna – jeśli Canonical przy rosnącej popularności Ubuntu zaliczy jakąś wpadkę to może to się skończyć źle dla wizerunku Linuksa.

Ostatnie komentarze