Wydawać by się mogło, że obecny okres dla systemów open source jest doskonałą okazją do tego, aby zaprezentować swoje niezaprzeczalne plusy światu i przekonać większą grupę użytkowników do siebie, do darmowej alternatywy względem systemu Microsoftu. Tak się niestety nie dzieje. Mamy rok 2009, rok największego kryzysu gospodarczego od 1930 roku a co nowego w świecie linuksa? Nowe powiadomienia w Ubuntu, kolejne przyspieszenie _startu_ systemu.A przecież nie o to chodzi!. Twórcy dystrybucji linuksa zmierzają złą drogą. Jeżeli użytkownik przesiada się z Windowsa to i tak dostaje szybszy i wydajniejszy system – na obecną chwilę zabawy w optymalizację można odstawić. Ważne jest sterowniki oraz oprogramowanie, które w większości przypadków jest, ale użytkownik ma dużą szansę nie odnaleźć go. Nadal nie ma sterowników do najnowszych kart Radeon HD 3xxx i 4xxx. Tzn. są, ale współczuje osobie, która zainstaluje je na laptopie. Karty niesamowicie się grzeją, zero oszczędzania energii itd. A i tak nie poużywa sobie mocy tej karty, bo przecież 3D leży i kwiczy. Obecnie chyba jedynymi kartami wspieranymi na przyzwoitym poziomie są małe, zintegrowane Intelki oraz niektóre modele nVidii.
Drugim problemem linuksa jest mnogość wyboru. Dla mnie nie ma problemu – poczytam sobie porównanie pomiędzy dystrybucjami itd. Lubię wiedzieć co nowego więc chętnie sobie instaluję jakiegoś linuksa na domowym komputerze. Ale szczerze? nie sądze, aby mały Krzyś, który chce sobie zainstalować jakąś gierkę widział w linuksie dobry system operacyjny. Również Karolina, która lubi klipy wideo z YouTube będzie nieco zawiedziona, jeżeli postawi sobie 64bitowy system operacyjny, bo Flash zacznie grać z nią w kotka i myszkę co chwilę wypierdzielając przeglądarkę internetową. Nie wspomnę już o Krystynie z gazowni, która by chciała sobie oglądać najnowszy odcinek „M jak miłość” z iTVP. Wiem – część problemów nie jest związana z linuksem, a dostawcami oprogramowania, ale czy to użytkownika obchodzi kto zawinił? Ważne, że nie działa.
Kolejnym problemem jest estetyka systemu. Dla mnie również mało problematyczna – pozmieniam sobie, ściągnę i zainstaluję nowe style. Windows nie jest może uroczy, ale nie razi oczu. Domyślny wygląd większości dystrybucji ma urok badania prostaty.
Ostatni powód to typowy egoizm środowisk związanych z linuksem. Egoizm ujawnił się w środowisku Ubuntu, kiedy to Rhytmbox został przeznaczony do odstrzału, z uwagi na małe zaangażowanie jego autora w rozwój programu. W zamian został dołączony Banshee, który wymaga w kilku miejscach szlifu. Ale fanboy’e lamentowali z innego powodu…. Otóż Banshee jest napisany w C# i wymaga bibliotek Mono. Mono = .NET dla linuksa, więc od razu tragedia, bo Microsoft pośrednio na platformę linuksową. I program przez to został przekreślony (na szczęście przez niektórych użytkowników, a nie przez twórcę i sponsora dystrybucji). A jakby nie patrzeć Rhytmbox od kilku wydań praktycznie nie przynosi nic nowego, poza poprawkami… Banshee za to rozwija się dosyć dynamicznie i wg. mnie jest to jeden z lepszych projektów w tym segmencie oprogramowania. A szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę rozczarowanie, jakie wzbudził Amarok 2.x. I takich sytuacji jest więcej.
Tak więc mówi się o zdobywaniu nowych użytkowników a z drugiej strony rozwój systemu jest na tyle monotonny i zniechęcający. Mam wiele sympatii wobec Ubuntu, Arch’a czy Fedory (a nawet openSUSE ;) ), ale ten zastój irytuje, a usprawiedliwienia i wymówki niektórych użytkowników pingwinka są po prostu żenujące i sprowadzają się do walczenia z argumentem „nie bo nie”.